Maggie Gyllenhaal przetestowała AI na Marilyn Monroe. Potem zostawiła grę Dakoty Johnson
Maggie Gyllenhaal powiedziała w Wenecji, że eksperyment z AI, który miał przekształcić Dakotę Johnson w Marilyn Monroe w filmie „Flesh Impact”, „zasadniczo nie zadziałał”. Reżyserka nie odrzuciła technologii przed próbą, ale po jej przeprowadzeniu wycięła efekt, uznając grę Johnson za bardziej ludzką i poruszającą.
To nie był manifest przeciwko technologii
Najciekawsze w tej historii jest właśnie odwrócenie prostego nagłówka „AI kontra artyści”. Według relacji Gyllenhaal producenci poprosili o sprawdzenie licencjonowanego systemu trenowanego na udostępnionych materiałach z Marilyn Monroe. Zespół reżyserki próbował nałożyć cechy wizerunku Monroe na twarz Dakoty Johnson.
Generatywna AI tworzy albo przekształca obraz, dźwięk czy wideo na podstawie danych, na których wcześniej ją wytrenowano. W tym przypadku nie chodziło więc o cyfrowe doklejenie pojedynczego kadru, lecz o próbę wizualnego przeformowania ekranowej obecności Johnson. Gyllenhaal najpierw weszła w ten eksperyment, a dopiero potem podjęła decyzję artystyczną.
Dlaczego w finale została Johnson
Reżyserka opisała rezultat jako mniej poruszający od samej gry aktorki. W jej ocenie wersja z Johnson była bardziej ludzka, żywa i emocjonalna, dlatego efekt AI nie trafił do finalnego filmu. To ważne doprecyzowanie: nie potwierdzono, że użyte narzędzie było technicznie wadliwe ani że nie dało się go zastosować. Problemem miała być skuteczność artystyczna.
W kinie wizerunek nie działa wyłącznie jak zestaw rozpoznawalnych rysów twarzy. Aktorstwo to także rytm spojrzenia, napięcie ciała i drobne przesunięcia emocji, których nie da się sprowadzić do podobieństwa w kadrze. Maszyna mogła odtworzyć powierzchnię ikony, ale według Gyllenhaal nie zastąpiła obecności aktorki. Hollywood odkrywa więc, że twarz to nie filtr — choć filtry z pewnością złożą odwołanie.
„Flesh Impact” nie jest cyfrową rekonstrukcją Monroe
„Flesh Impact” to 17-minutowy film o Marilyn Monroe przygotowany z myślą o prezentacji festiwalowej w Wenecji, w roku setnej rocznicy urodzin aktorki. Dakota Johnson gra Monroe, a Ellen Burstyn jej starszą wersję. Sam punkt wyjścia sugeruje, że projekt interesuje się postacią Monroe i jej obrazem w kulturze, a nie prostym odtworzeniem dawnej gwiazdy.
Z dostępnych relacji wynika jednak jasno, że finałowa wersja nie zawiera wygenerowanej przez AI Marilyn Monroe. Wątek technologiczny jest elementem drogi produkcyjnej, nie opisem gotowego efektu na ekranie. To różnica zasadnicza, zwłaszcza gdy wokół AI w kinie łatwo pomylić test z deklaracją programu.
Pytania zostały poza kadrem
Nie wiadomo, z jakiego dokładnie systemu skorzystano, jakie miał parametry ani czy odrzucona wersja została zachowana lub pokazana publicznie. Źródła nie precyzują też zakresu licencji na materiały związane z Monroe. Nie ma więc podstaw, by przedstawiać tę sytuację jako rozstrzygnięty spór o prawa do wizerunku czy prawa autorskie.
Da się za to uczciwie powiedzieć jedno: Gyllenhaal potraktowała AI jak narzędzie do sprawdzenia, nie jak automatyczny skrót do ekranowej magii. W tym teście wygrała aktorka — nie dlatego, że technologia zniknęła z planu, ale dlatego, że jej rezultat nie spełnił wymagań konkretnej sceny i konkretnej reżyserki.